fbpx

Życie po życiu… biurowych roślin.

O żelaznych liściach, bezdomnych olbrzymach, dracenach smoczych rozmawiamy z Melką Ziarko, ambasadorką akcji Zielony Weteran, której celem jest znalezienie nowych domów dla roślin usuniętych z biur.

Rośliny z biurowców nazywa Pani weteranami. To rzeczywiście żołnierze po ciężkiej kampanii?
Zieleń w biurze jest bezcenna, pełni wiele funkcji, poprawia jakość powietrza, wywiera korzystny wpływ na psychikę pracowników – ale powinna też dobrze wyglądać, ostatecznie jest częścią wystroju. Jednak żywot rośliny w biurze jest trudny: suche powietrze, przeciągi, albo brak odpowiedniej ilości światła sprawiają, że wiele gatunków szybko traci dobry, zdrowy wygląd i atrakcyjność. Egzemplarze wysłużone, o nieatrakcyjnym pokroju albo o przerzedzonych liściach trzeba po pewnym czasie wymienić. Zdarzają się choroby, ataki szkodników – przędziorków, miseczników i innych, a to także źle wpływa na kondycję i wygląd kwiatów. Co ciekawe, z biur znikają też egzemplarze, które radzą sobie „za dobrze” i zbytnio się rozrosły, a przez to wykraczają poza wyznaczone im miejsce, zasłaniają okna albo przeszkadzają pracownikom. Doniczki razem z zawartością najczęściej trafiają po prostu na śmietnik, a przecież wystarczy odrobina wysiłku, żeby rośliny odzyskały urodę. Przeniesione do mieszkań, otoczone opieką odżywają. Wymyślona przez Halinę Kamińską akcja Zielony Weteran służy właśnie znalezieniu im nowych domów. Staramy się być pomostem pomiędzy światem biur, a osobami kochającymi florę, chcącymi dać roślinom drugie życie.

Ile trwa biurowa kariera paprotki? Jakie rośliny najlepiej sprawdzą się w przestrzeni open space?
Akurat paprocie właściwie nie nadają się do biur: wymagają wilgotnego powietrza, a o takie we współczesnych budynkach niełatwo. To wspaniałe, piękne rośliny, ale do open space czy gabinetu wybrałabym coś innego. Projektanci w Polsce mają dziś do dyspozycji ogromną liczbę gatunków, nieporównywalnie większą niż kilkadziesiąt lat temu. Niektóre z nich są wyjątkowo odporne na niesprzyjające warunku. Aspidistra, czyli tzw. żelazny liść radzi sobie w pełnym słońcu, w półcieniu, przetrwa przesuszenie i przelanie – taki biurowy komandos. Aglaomeny, draceny, monstery, epipremnum, figowce sprężyste to także rośliny bardzo odporne. Zamiokulkasy w różnych odmianach można często zobaczyć w galeriach handlowych, już to mówi wiele o ich wytrzymałości na niekorzystne warunki. To, jak długo dany okaz będzie żył w biurze zależy od opieki, jaką jest otoczony, warunków w danej przestrzeni; czasem decydują o tym czynniki zewnętrzne, jak zmiana aranżacji biura czy przeprowadzka do nowej siedziby…

…a czasem do prywatnego domu. Jakie rośliny mają największą szansę na adopcję?
Wielkoludy! Te największe, najbardziej rozrośnięte okazy są zawsze najbardziej poszukiwane. Większość gatunków doniczkowych rośnie wolno, trzeba lat, żeby zmieniły się w bardzo dekoracyjne olbrzymy. W dodatku starsze egzemplarze trudniej jest kupić niż młode; mogą się też okazać bardzo kosztowne. Są jednak też miłośnicy małych roślin, więc każdy „weteran” ma szanse na nowe życie. Niestety na razie praktyka oddawania czy odsprzedaży za symboliczną kwotę takich niepotrzebnych już roślin jest jeszcze rzadkością w Polsce, nie znam odpowiednika akcji Zielony Weteran w innym mieście. Coraz częściej mówi się jednak o kulturze współdzielenia, wspomaganej przez nowe technologie. Na Facebooku są grupy miłośników roślin wymieniających się sadzonkami; jest grupa „Kwiaty do adopcji”, z kolei „Uwaga, śmieciarka jedzie” pomaga ratować wyrzucane na śmietnik rośliny. Podobnie funkcjonują niektóre fora ogrodnicze.

Od niedawna w kilku miastach – Krakowie, Łodzi, Rzeszowie – działają punkty adopcji roślin. Jest też warszawska kawiarnia, w której można zostawić kwiaty przed wyjazdem na urlop.
Sami współpracowaliśmy z sopocką kawiarnią Las. Ten pomysł bardzo dobrze się sprawdza. W lokalu zawsze są żywe rośliny – najlepsza dekoracja. A że przewija się przez nie wiele osób, łatwiej znaleźć nowego właściciela dla fikusa czy draceny. Oczywiście najlepiej, by takie miejsce wymiany było gdzieś niedaleko, większość gatunków źle znosi przenoszenie i nagłą zmianę warunków, to dla nich prawdziwy szok. Na pewno jednak lepiej zaryzykować, niż wyrzucić roślinę. Na uratowanie zasługują nie tylko weterani z biurowców. Wystarczy spojrzeć, jak zaniedbane są czasem egzemplarze sprzedawane w centrach budowlanych czy supermarketach.

Czy przynosi Pani pracę do domu?
Czy mam w domu dżunglę? Nie. Znam ludzi z pasją, którzy zmieniają swoje mieszkania w prawdziwe dżungle, instalują systemy doświetlające, dbają o wilgotność powietrza, mają większą wiedzę na temat roślin niż ja. Szewc bez butów chodzi, muszę przyznać, że sama mam w domu około trzydziestu roślin, a to naprawdę kropla w morzu. W moim wypadku jednak mniej znaczy więcej. Wszystkie moje rośliny są otoczone staranną opieką, mam dla nich czas. Gdyby było ich więcej, pewnie nie mogłabym poświęcić im tak wiele energii. Mam swoje ulubione gatunki, jestem zakochana w filodendronach, epipremnum, paprociach. Dwa ostatnie gatunki wielu osobom kojarzą się z PRL-em, chciałabym je odczarować. A są tak piękne, wdzięczne, oddane – fantastyczne. Przy roślinach trzeba być systematycznym, dokładnym, cierpliwym i delikatnym. Kiedyś gdzieś przeczytałam, że opieka nad roślinami jest odzwierciedleniem opieki nad samym sobą i ja się całkowicie z tym zgadzam.

Przeczytaj także: Zakorzenianie w mieście. Jak spacerować i zwiedzać Warszawę, żeby chłonąć z niej jak najwięcej?